Zaczęło się, gdy miałam 10-12 lat. Rodzice wymyślili sobie, że ich latorośl powinna mieć proste zęby i zaprowadzili ją do ortodonty. Tam niestety się dowiedzieli, że już nie "łapię" się na darmowe, stałe aparaty i trzeba płacić półtorej tysiąca złotych. Zrezygnowaliśmy.
W zeszłe wakacje moja babcia stwierdziła, że chętnie będzie sponsorem, bo aparat bardzo mi się przyda. (Może moje zęby nie są perfekcyjne, no ale bez przesady!)
Nie zgodziłam się. Powód był płytki i łatwo się go domyślić - "jak znajomi zareagują?!".
Miesiąc później podczas wspólnego wyjazdu ze znajomymi zdarzył się pewien mały incydent i kawałek przedniego zęba się ukruszył. Nie jest to za bardzo widoczne, ale bardzo mnie irytuje. Gdy wróciłam pierwszą rzeczą jaką zrobiłam, było powiadomienie rodziny, że zmieniłam zdanie.
Rodzicielka umówiła mnie na wizytę do ortodonty na listopad. Twardo stałam przy swoim postanowieniu i nawet po 2 miesiącach zdania nie zmieniłam.
Na początku było dobrze. Ortodontka zapoznała nas z wszelkimi opcjami - który aparat lepszy, ale droższy itp. Następnie nadszedł czas, by spojrzeć na moje zęby.
I tu zaczęły się schody.
Po pierwsze: W wieku 17 lat nadal miałam dwie piątki mleczne. Trzeba je wyrwać, ale najpierw muszę iść zrobić zdjęcia rentgenowskie, żeby sprawdzić czy stałe zęby już gdzieś tam są. Oprócz tego mam zrobić jeszcze z 4 inne zdjęcia.
Po drugie: Mam wadę wymowy. Nie będę się w to zagłębiać, ale ogólnie chodzi o to, że język za bardzo wysuwa się do przodu i naciska na zęby. Mam umówić się z logopedą i naprawić wadę wymowy.
Zdjęcia zrobiłam i dowiedziałam się, że piątki już są pod spodem i jeśli nie wyrwę tych mleczaków to stałe 5 zaczną się wykrzywiać pod normalnymi zębami. Okey, umówiłam się na wizytę u dentysty, ale dopiero na styczeń, ponieważ skończyły im się punkty NFZ i musiałabym za to płacić ponad 200zł.
U logopedy dowiedziałam się, że niepoprawnie wymawiam "sz" i "cz" i w ciągu 2 lat jeśli będę ćwiczyć, powinno mi się udać to naprawić.
Nadszedł styczeń. Dentystka wyrwała mi oba zęby przy dwóch osobnych wizytach, ale to nie był koniec. Okazało się, że mam jakieś ubytki i mam się umawiać na kolejne wizyty. Co dziwniejsze od 2 miesięcy przy każdej cotygodniowej wizycie słyszę, że jeszcze tylko jeden ząb został. Ale mniejsza...
Z ortodontką umówiłam się na marzec, aby założyła mi jakąś blokadę na język, żeby język przesunął się do tyłu.
Wczoraj mi to założyli... Ekhem. Już widzę radość i mojej logopedy i dentystki.
1. Seplenię. Strasznie seplenię. Szczerze? Boję się jak w szkole na to zareagują.
2. Blokadę założyli mi akurat na te zęby, które dentystka chciała jeszcze naprawić.
Mam to nosić 3 miesiące. Zazwyczaj dużo mówiłam - teraz to się zmieni.
I zapewne schudnę, bo mogę się żywić głównie jogurtem. To nie jest zalecenie Ortodontki. Po prostu jedzenie nawet zwykłego jabłka przy tym ustrojstwie w moich ustach, jest wręcz niemożliwe.
Mam nadzieję, że w przyszłości powiem: "Było warto", bo póki co żałuję.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
ja od lekarstw mam paskudnie żółte zęby, obecnie nie ma sensu tego anwet naprawiac, bo wciaz jem tabletki, ale to horror. aparaty juz nosilam i mam proste zęby;) (na szczescie jak buylam mlodsza;p)
OdpowiedzUsuńMam za swoje. Trzeba było w wieku 12 lat latać po całej rodzinie w poszukiwaniu sponsora. ;p
OdpowiedzUsuńA ja chyba jestem dziwnym zwierzęciem, bo zawsze chciałam mieć aparat, ale miałam "za proste" zęby nawet na zdejmowany :D Nieźle piszesz, więc zaobserwuję.
OdpowiedzUsuń