poniedziałek, 17 maja 2010

friendship

Zaufała mi... Tak długo o to walczyłam, a teraz nie wiem czy na to zasłużyłam. Nie jestem pewna czy jestem w stanie podołać temu ciężarowi.
Bałam się, że zostanę zepchnięta na drugi plan i przez to podwójnie walczyłam o jej przyjaźń. Decydowałam się na najróżniejsze rzeczy (choćby jechanie przez pół miasta o 22, żeby się z nią spotkać i porozmawiać), aby zapewnić ją, że zrobię dla niej wszystko. Udało się.
Odsłoniła przede mną część swojej duszy w postaci kartek z pamiętnika, prosząc bym zachowała to dla siebie i póki co nie dyskutowała z nią o ich treści, bo nie jest na to gotowa. Po przeczytaniu ich uznałam, że ja również nie jestem gotowa. Nie mam pojęcia co jej doradzić, jak się zachować... Chcę jej pomóc, ale nie jestem w stanie. Moja ułomność psychiczna po raz pierwszy dała o sobie znać. Nikt mnie nie nauczył co to znaczy pomagać, nie nauczono mnie przyjaźni.
Nie ma w tym przesady.
Osoby, które kiedyś uważałam za przyjaciół były tak naprawdę tylko kolegami, znajomymi. Głębszych uczuć nigdy nie poznałam, ponieważ zawsze otaczałam się tymi płytkimi. Jestem jak dziecko, które uczy się wszystkiego od podstaw, ale jeśli ma się to wiązać z tym, że w końcu uda mi się jej pomóc to jestem w stanie przejść przez te wszystkie stadia: od dziecka do dorosłego.

wtorek, 23 marca 2010

Mieć ładne ząbki.

Zaczęło się, gdy miałam 10-12 lat. Rodzice wymyślili sobie, że ich latorośl powinna mieć proste zęby i zaprowadzili ją do ortodonty. Tam niestety się dowiedzieli, że już nie "łapię" się na darmowe, stałe aparaty i trzeba płacić półtorej tysiąca złotych. Zrezygnowaliśmy.
W zeszłe wakacje moja babcia stwierdziła, że chętnie będzie sponsorem, bo aparat bardzo mi się przyda. (Może moje zęby nie są perfekcyjne, no ale bez przesady!)
Nie zgodziłam się. Powód był płytki i łatwo się go domyślić - "jak znajomi zareagują?!".
Miesiąc później podczas wspólnego wyjazdu ze znajomymi zdarzył się pewien mały incydent i kawałek przedniego zęba się ukruszył. Nie jest to za bardzo widoczne, ale bardzo mnie irytuje. Gdy wróciłam pierwszą rzeczą jaką zrobiłam, było powiadomienie rodziny, że zmieniłam zdanie.
Rodzicielka umówiła mnie na wizytę do ortodonty na listopad. Twardo stałam przy swoim postanowieniu i nawet po 2 miesiącach zdania nie zmieniłam.
Na początku było dobrze. Ortodontka zapoznała nas z wszelkimi opcjami - który aparat lepszy, ale droższy itp. Następnie nadszedł czas, by spojrzeć na moje zęby.
I tu zaczęły się schody.
Po pierwsze: W wieku 17 lat nadal miałam dwie piątki mleczne. Trzeba je wyrwać, ale najpierw muszę iść zrobić zdjęcia rentgenowskie, żeby sprawdzić czy stałe zęby już gdzieś tam są. Oprócz tego mam zrobić jeszcze z 4 inne zdjęcia.
Po drugie: Mam wadę wymowy. Nie będę się w to zagłębiać, ale ogólnie chodzi o to, że język za bardzo wysuwa się do przodu i naciska na zęby. Mam umówić się z logopedą i naprawić wadę wymowy.
Zdjęcia zrobiłam i dowiedziałam się, że piątki już są pod spodem i jeśli nie wyrwę tych mleczaków to stałe 5 zaczną się wykrzywiać pod normalnymi zębami. Okey, umówiłam się na wizytę u dentysty, ale dopiero na styczeń, ponieważ skończyły im się punkty NFZ i musiałabym za to płacić ponad 200zł.
U logopedy dowiedziałam się, że niepoprawnie wymawiam "sz" i "cz" i w ciągu 2 lat jeśli będę ćwiczyć, powinno mi się udać to naprawić.
Nadszedł styczeń. Dentystka wyrwała mi oba zęby przy dwóch osobnych wizytach, ale to nie był koniec. Okazało się, że mam jakieś ubytki i mam się umawiać na kolejne wizyty. Co dziwniejsze od 2 miesięcy przy każdej cotygodniowej wizycie słyszę, że jeszcze tylko jeden ząb został. Ale mniejsza...
Z ortodontką umówiłam się na marzec, aby założyła mi jakąś blokadę na język, żeby język przesunął się do tyłu.
Wczoraj mi to założyli... Ekhem. Już widzę radość i mojej logopedy i dentystki.
1. Seplenię. Strasznie seplenię. Szczerze? Boję się jak w szkole na to zareagują.
2. Blokadę założyli mi akurat na te zęby, które dentystka chciała jeszcze naprawić.

Mam to nosić 3 miesiące. Zazwyczaj dużo mówiłam - teraz to się zmieni.
I zapewne schudnę, bo mogę się żywić głównie jogurtem. To nie jest zalecenie Ortodontki. Po prostu jedzenie nawet zwykłego jabłka przy tym ustrojstwie w moich ustach, jest wręcz niemożliwe.

Mam nadzieję, że w przyszłości powiem: "Było warto", bo póki co żałuję.

niedziela, 7 marca 2010

Pissed off

Absurd. Napisz felieton na beznadziejny temat (który przegrał demokratycznie z dużo lepszym - a raczej dającym więcej możliwości tematem) na 250 słów. Rozumiem, że ma być krótko i treściwie, ale po wydrukowaniu pracy zauważyłam, że wygląda jak pisana na przełomie podstawówki i gimnazjum. Czcionka ogromna (12), a i tak zajmuje połowę strony.
Pisałam ją wczoraj w nocy, na szybko i po 400 słowach zorientowałam się, że był jakiś limit. Musiałam wywalić połowę tekstu. Teraz jest jeszcze gorzej niż było na początku. -.-
A tak bardzo chciałam udowodnić, że nawet z beznadziejnym tematem da się stworzyć sensowną pracę. Shit.

wtorek, 2 marca 2010

Karma

Jakiś czas temu dodałam do swojej ideologii karmę. Postanowiłam ją przygarnąć tylko w jednym celu: "wyplewić zło" - jak to sąsiadka mojej babci za każdym razem mówi, gdy z nią rozmawiam. Gdy myślę o kimś coś złośliwego, od razu odzywa się we mnie głosik "Nie mów tak! Karma! Bo przydarzy się to tobie!". I nie dosyć, że (w myślach!) przepraszam, że coś takiego mogłam pomyśleć to jeszcze następnym razem bardziej się pilnuję.
Plotki, obgadywanie i innego typu przyjemności się we mnie głęboko zakorzeniły i wszelkimi sposobami z nimi walczę. Ten jest najskuteczniejszy.

Krótko, bo nauki mam że ho ho!

niedziela, 28 lutego 2010

Music, music, music

Odkąd byłam bardzo mała ojciec próbował naprowadzić mnie na "właściwy" gust muzyczny. Jednak wiedział, że 10-letniej dziewczynce nie spodoba się Black Sabbath czy Aerosmith, więc puszczał mi piosenki, które łatwo i przyjemnie się słucha. Hey "[sic!]", Edyta Bartosiewicz "Jenny", Green Day "American Idiot" i wszystkie płyty Linkin Parku znam na pamięć do dziś. Niestety pomiędzy 12, a 16 rokiem życia postanowiłam dostosować się do ogółu i zaprzyjaźniłam się z artystami typu Britney Spears, czy Justin Timberlake. Później było jeszcze gorzej... Towarzystwo postanowiło pójść w inne klimaty i zaczęło słuchać techno i wszelkich jego odmian, a ja za nimi. Wiem, że rodzice - zwolennicy rocka, poezji śpiewanej, muzyki klasycznej - ledwo to znosili, ale byli tolerancyjni. Nie rzucali głupich komentarzy, nie naśmiewali się... Po prostu starali się to "przeczekać". A ja powoli zaczynałam mieć dość i gdy byłam sama słuchałam sobie "Fall Out Boy" i "Panic At The Disco". Teraz, zwłaszcza na ten pierwszy zespół, patrzę z pewną odrazą, ponieważ - jak to mój ojciec zawsze mówi - "sprzedali się". Ich muzyka zaczęła się dostosowywać do pokolenia plastic is fantastic co mnie przeraziło. 
Przez przypadek zmieniłam temat.
Nigdy nikomu ze znajomych nie powiedziałam, że słucham tych zespołów. A później nadeszło liceum. New people, new ideas, new way. Powoli, kroczek po kroczku, zaczęłam iść w kierunku, który pragnął dla mnie mój tata. 
Teraz jednak idę własną drogą. Nie trzymają mnie żadne ograniczenia. Gdy chcę posłuchać plastikowego j-popu (ale tylko japońskiego! żadnego innego nie toleruję) to słucham, gdy chcę posłuchać Vadera to się nie zastanawiam. Opinia innych została daleko za mną.

poniedziałek, 22 lutego 2010

Dreaming about... Lassiter?!

Jest tu opcja, żebym tylko ja widziała ten wpis? Przydałaby się.
Chciałam tu opowiedzieć swój sen. Miałam już to zrobić rano, ale zdecydowanie jestem za bardzo leniwa. No i mam za swoje - nie pamiętam już wielu szczegółów, a chciałam ten sen zapamiętać jak najdokładniej, bo po raz pierwszy trafił mi się w takiej złożonej postaci i z tak wieloma elementami. Jednak teraz zaczynając go opisywać uznałam, że on nie nadaje się by w jakikolwiek sposób pojawiać się w internecie. Zbyt prywatny... A o niektórych rzeczach jest mi po prostu wstyd pisać. Nie chodzi tu o jakieś sprośne rzeczy. To się akurat nie pojawiło. Trudniej jest mi pisać o zwyczajnym pocałunku z jakimś aktorem. Dlatego nie mam innego wyboru i będę powoli coraz więcej szczegółów zapominać. Wiem, że mam jeszcze przecież tradycyjne kartki lub zawsze mogę zapisać to w notatniku w komputerze i zachować to dla siebie. Powiem (a raczej napiszę) krótko: Mam wścibską rodzinę. 
Podsumowując: Zamiast dodać sensowny post, daję tłumaczenie dlaczego żadnego nie będzie. Bez ładu i składu, niepoprawny stylistycznie i gramatycznie, nabazgrany w pośpiechu. To ostatnie nie jest moim wytłumaczeniem, chociaż może gdybym miała więcej czasu pojawiłoby się tutaj coś ciekawszego. C'est la vie.

niedziela, 21 lutego 2010

Mini zwierzenia.

Pojechałam do babci, po raz pierwszy nie po to by się pouczyć w spokoju (w domu nie jest mi to dane), ale po to by po odpoczywać. Oczywiście nie tylko z tego powodu jeżdżę do babci, ale to zostawię sobie na kiedy indziej.
Wczoraj zrobiłam sobie francuski manicure (nienawidzę malować paznokci, ale pewien mały projekcik wymyślony z moją koleżanką mnie do tego zmusił), wzięłam gorącą kąpiel i weszłam w jedną z moich ulubionych, babcinych piżam. Spojrzałam w lustro i odgarnęłam kosmyk włosów z czoła. 
Zamarłam. 
W oczach stanęła mi dawna fotografia, gdy w tej samej piżamie, z bardzo podobnymi paznokciami (dodatek stanowił pojedynczy diamencik na każdym paznokciu. bez komentarza) uśmiechałam się głupio do obiektywu aparatu, żeby mieć kolejną słit focię na naszą-klasę. Bez komentarza x2.
Zdjęcie było sprzed dwóch lat, jednak patrząc wczoraj w lustro zaczęłam się zastanawiać jak bardzo się zmieniłam. I czy w ogóle się zmieniłam. 
Zaczęłam otwarcie wyrażać swoje zdanie, nie przejmując się opinią innych na mój temat. To na pewno. Zaczęłam bardziej myśleć o sobie, niż o innych, chociaż altruizm i strach przed urażeniem uczuć innych nadal we mnie tkwią. Niby to powinny być pozytywne cechy, ale ja je biorę za moje słabości. 
Nie będę się nad sobą dłużej roztrząsać. To bezcelowe. Przyjmę, że się zmieniłam. 
Ale co z tego? Czuję, że zmieniając się coś straciłam. Oczyściłam swoje towarzystwo z tzw. "toksycznych osób" (czytaj 98% znajomych). Niestety pozbywając się ich straciłam też kilka osób, za którymi teraz tęsknię. Co prawda nigdy ich nie uważałam za swoich przyjaciół, raczej za dawnych towarzyszy zabaw. O dziwo są to sami faceci, ale to też zostawię na inny raz. Chciałabym się z nimi dalej spotykać, ale oni uznali mnie za tą "złą", która stawia ich na równi z tymi, którym z radością powiedziałam co o nich myślę. Wiem, że ta głupia tęsknota zniknie w ciągu roku, ale póki co jest mi ciężko. A sny nie ułatwiają mi życia.
Żegnajcie 2%.