niedziela, 28 lutego 2010

Music, music, music

Odkąd byłam bardzo mała ojciec próbował naprowadzić mnie na "właściwy" gust muzyczny. Jednak wiedział, że 10-letniej dziewczynce nie spodoba się Black Sabbath czy Aerosmith, więc puszczał mi piosenki, które łatwo i przyjemnie się słucha. Hey "[sic!]", Edyta Bartosiewicz "Jenny", Green Day "American Idiot" i wszystkie płyty Linkin Parku znam na pamięć do dziś. Niestety pomiędzy 12, a 16 rokiem życia postanowiłam dostosować się do ogółu i zaprzyjaźniłam się z artystami typu Britney Spears, czy Justin Timberlake. Później było jeszcze gorzej... Towarzystwo postanowiło pójść w inne klimaty i zaczęło słuchać techno i wszelkich jego odmian, a ja za nimi. Wiem, że rodzice - zwolennicy rocka, poezji śpiewanej, muzyki klasycznej - ledwo to znosili, ale byli tolerancyjni. Nie rzucali głupich komentarzy, nie naśmiewali się... Po prostu starali się to "przeczekać". A ja powoli zaczynałam mieć dość i gdy byłam sama słuchałam sobie "Fall Out Boy" i "Panic At The Disco". Teraz, zwłaszcza na ten pierwszy zespół, patrzę z pewną odrazą, ponieważ - jak to mój ojciec zawsze mówi - "sprzedali się". Ich muzyka zaczęła się dostosowywać do pokolenia plastic is fantastic co mnie przeraziło. 
Przez przypadek zmieniłam temat.
Nigdy nikomu ze znajomych nie powiedziałam, że słucham tych zespołów. A później nadeszło liceum. New people, new ideas, new way. Powoli, kroczek po kroczku, zaczęłam iść w kierunku, który pragnął dla mnie mój tata. 
Teraz jednak idę własną drogą. Nie trzymają mnie żadne ograniczenia. Gdy chcę posłuchać plastikowego j-popu (ale tylko japońskiego! żadnego innego nie toleruję) to słucham, gdy chcę posłuchać Vadera to się nie zastanawiam. Opinia innych została daleko za mną.

poniedziałek, 22 lutego 2010

Dreaming about... Lassiter?!

Jest tu opcja, żebym tylko ja widziała ten wpis? Przydałaby się.
Chciałam tu opowiedzieć swój sen. Miałam już to zrobić rano, ale zdecydowanie jestem za bardzo leniwa. No i mam za swoje - nie pamiętam już wielu szczegółów, a chciałam ten sen zapamiętać jak najdokładniej, bo po raz pierwszy trafił mi się w takiej złożonej postaci i z tak wieloma elementami. Jednak teraz zaczynając go opisywać uznałam, że on nie nadaje się by w jakikolwiek sposób pojawiać się w internecie. Zbyt prywatny... A o niektórych rzeczach jest mi po prostu wstyd pisać. Nie chodzi tu o jakieś sprośne rzeczy. To się akurat nie pojawiło. Trudniej jest mi pisać o zwyczajnym pocałunku z jakimś aktorem. Dlatego nie mam innego wyboru i będę powoli coraz więcej szczegółów zapominać. Wiem, że mam jeszcze przecież tradycyjne kartki lub zawsze mogę zapisać to w notatniku w komputerze i zachować to dla siebie. Powiem (a raczej napiszę) krótko: Mam wścibską rodzinę. 
Podsumowując: Zamiast dodać sensowny post, daję tłumaczenie dlaczego żadnego nie będzie. Bez ładu i składu, niepoprawny stylistycznie i gramatycznie, nabazgrany w pośpiechu. To ostatnie nie jest moim wytłumaczeniem, chociaż może gdybym miała więcej czasu pojawiłoby się tutaj coś ciekawszego. C'est la vie.

niedziela, 21 lutego 2010

Mini zwierzenia.

Pojechałam do babci, po raz pierwszy nie po to by się pouczyć w spokoju (w domu nie jest mi to dane), ale po to by po odpoczywać. Oczywiście nie tylko z tego powodu jeżdżę do babci, ale to zostawię sobie na kiedy indziej.
Wczoraj zrobiłam sobie francuski manicure (nienawidzę malować paznokci, ale pewien mały projekcik wymyślony z moją koleżanką mnie do tego zmusił), wzięłam gorącą kąpiel i weszłam w jedną z moich ulubionych, babcinych piżam. Spojrzałam w lustro i odgarnęłam kosmyk włosów z czoła. 
Zamarłam. 
W oczach stanęła mi dawna fotografia, gdy w tej samej piżamie, z bardzo podobnymi paznokciami (dodatek stanowił pojedynczy diamencik na każdym paznokciu. bez komentarza) uśmiechałam się głupio do obiektywu aparatu, żeby mieć kolejną słit focię na naszą-klasę. Bez komentarza x2.
Zdjęcie było sprzed dwóch lat, jednak patrząc wczoraj w lustro zaczęłam się zastanawiać jak bardzo się zmieniłam. I czy w ogóle się zmieniłam. 
Zaczęłam otwarcie wyrażać swoje zdanie, nie przejmując się opinią innych na mój temat. To na pewno. Zaczęłam bardziej myśleć o sobie, niż o innych, chociaż altruizm i strach przed urażeniem uczuć innych nadal we mnie tkwią. Niby to powinny być pozytywne cechy, ale ja je biorę za moje słabości. 
Nie będę się nad sobą dłużej roztrząsać. To bezcelowe. Przyjmę, że się zmieniłam. 
Ale co z tego? Czuję, że zmieniając się coś straciłam. Oczyściłam swoje towarzystwo z tzw. "toksycznych osób" (czytaj 98% znajomych). Niestety pozbywając się ich straciłam też kilka osób, za którymi teraz tęsknię. Co prawda nigdy ich nie uważałam za swoich przyjaciół, raczej za dawnych towarzyszy zabaw. O dziwo są to sami faceci, ale to też zostawię na inny raz. Chciałabym się z nimi dalej spotykać, ale oni uznali mnie za tą "złą", która stawia ich na równi z tymi, którym z radością powiedziałam co o nich myślę. Wiem, że ta głupia tęsknota zniknie w ciągu roku, ale póki co jest mi ciężko. A sny nie ułatwiają mi życia.
Żegnajcie 2%.

środa, 17 lutego 2010

Jealousy

Jestem cholerną zazdrośnicą. I nie wstydzę się do tego przyznać... na blogu, gdzie nikt mnie nie zna(jdzie). Nie chodzi tylko o związki damsko-męskie. To pół biedy. Bardziej martwię się tym, że potrafię być zazdrosna o przyjaciół moich przyjaciółek. Ja sama spaliłam wszystkie mosty i z moim osiedlem nic mnie nie łączy. Z nikim się już nie zadaję, bo mam do nich pewnego rodzaju uraz. Nie przeszkadza mi to. Niestety moje przyjaciółki mają własnych przyjaciół jeszcze z poprzednich szkół. I muszą dzielić czas pomiędzy mnie, a ich. Boli mnie, gdy słyszę, że mój czas z nimi jest ograniczony, bo np. koło 15 spotykają się na kawę. Co prawda poznałam już je wszystkie, ale one pragną pobyć same, pośmiać się na tylko im znane tematy. Czasami w ich towarzystwie czuję się odludkiem... "Bo wiesz, to jeszcze z gimnazjum, więc pewnie nie zrozumiesz". Pozostaje mi tylko uśmiechać się i czekać, aż padnie temat przy którym ja też będę mogła się wypowiedzieć. A to wcale nie jest przyjemne.

wtorek, 16 lutego 2010

Anne of Green Gables


W profilu napisałam, że moją ulubioną książką jest "Ania z Zielonego Wzgórza". To nie do końca prawda, bo ja... kocham całą serię przygód Ani, a później jej córek - chociaż wolę czytać o ich matce. Długo poszukiwałam wszystkich części, ale w końcu mogę je podziwiać na mojej półce i sięgać po nie w dowolnej chwili.
Co mnie tak do nich przyciąga? Sama nie wiem. Może to, że można obserwować jak Ania dojrzewa, co Lucy Maud Montgomery udało się idealnie pokazać? A może to, że marzycielska Ania jest tak podobna do mnie? Nie chodzi mi o wygląd, bo łączą nas tylko rude włosy, zresztą ja mam farbowane, więc to się chyba nie liczy. Mówię o jej duszy (?). Sama czasami staram się robić coś, co w moim mniemaniu mogłoby przypominać scenkę wyjętą z jakiejś książki. Moja wyobraźnia może nie przyjęła (jeszcze) takiej skrajności jak u Shirley, ale niewiele jej brakuje. Nieraz miałam przez nią kłopoty...
Dawno temu rozmyślając nad tym co mi się tak podoba w tej serii mój tok myślenia przeszedł na książki Rowling "Harry Potter". Przeczytałam każdą z nich kilkakrotnie (po 7 razie straciłam rachubę), ale dla samej zasady. Pamiętam, że chciałam coś rodzicom udowodnić, ale nie pamiętam już co. Im późniejszy tom tym bardziej książka mi się wydawała nudna. Rowling pokazała, że tak naprawdę ma już dosyć przygód Harry'ego Pottera i najchętniej urwałaby w połowie serii. Autor, który kocha swoje książki, bohaterów, ich przygody; zazwyczaj zostawia w ostatniej części zakończenie, które ewentualnie pozwoliłoby mu na napisanie kolejnego tomu. Rowling wyraźnie dała do zrozumienia "Żyli długo i szczęśliwie... Uff! Wreszcie koniec!". I to jest chyba kolejny powód dla którego wolę "Anię z Zielonego Wzgórza". Montgomery miała skończyć serię po tym jak Ania urodziła dziecko. A jednak postanowiła napisać jeszcze parę tomów, bo nie potrafiła rozstać się z tą historią. I tak wg mnie powinna wyglądać każda książka - dawać przy zakończeniu pole do manewru, zarazem dla wyobraźni czytelników, jak i dla ewentualnego "Ciąg Dalszy Nastąpi".

poniedziałek, 15 lutego 2010

Unspoken

Co się z nami stało? Słynęłyśmy z tego, że nigdy się nie kłóciłyśmy i murem potrafiłyśmy się oddzielić od wszelkich konfliktów. A teraz? Coraz częściej pojawiają się sprzeczki o błahostki i niespodziewane "fochy". Czy to przez to, że znamy się dużo lepiej i wiemy już jak daleko możemy się posunąć? Czy może jednak reszta w końcu na nas wpłynęła? 
Wiem, że nie jestem lepsza. Prawdopodobnie sama zaczęłam... Choć może się mylę. Mam w końcu skłonności do sklerozy.
Mam po prostu dość strachu, że na drugi dzień coś się zmieni. Ciągle boję się, że gdy przyjdę do szkoły już nie będzie tak jak dawniej. Każda będzie starała się odnaleźć nowe towarzystwo, bo na stare jest obrażona. Nie chcę tak i będę próbowała to naprawić. Ale potrzebuję ich współpracy. Wiem, że te osoby tego nie czytają i dobrze. Tylko tego by mi brakowało. Zamieściłam to tutaj, bo tego potrzebowałam. One same wiedzą, że coś jest nie tak. 
Cegiełka po cegiełce i odbudujemy nasz mur.

Słucham: Lacuna Coil - Tight Rope

niedziela, 14 lutego 2010

Fireflies


Dziwnie jest usłyszeć marzenie dziadka, które dotyczy ciebie. I możesz je bez problemu spełnić, ale koligowało by to z twoimi własnymi marzeniami. Co jak co, ale dziennikarką sportową nie zamierzam zostać.


You would not believe your eyes
If ten million fireflies
Lit up the world as I fell asleep

'Cause they'd fill the open air
And leave teardrops everywhere
You'd think me rude
But I would just stand and stare

I'd like to make myself believe
That planet Earth turns slowly
It's hard to say that I'd rather stay
Awake when I'm asleep
'Cause everything is never as it seems

'Cause I'd get a thousand hugs
From ten thousand lightning bugs
As they tried to teach me how to dance

A foxtrot above my head
A sock hop beneath my bed
A disco ball is just hanging by a thread

I'd like to make myself believe
That planet Earth turns slowly
It's hard to say that I'd rather stay
Awake when I'm asleep
'Cause everything is never as it seems
When I fall asleep

Leave my door open just a crack
(Please take me away from here)
'Cause I feel like such an insomniac
(Please take me away from here)
Why do I tire of counting sheep
(Please take me away from here)
When I'm far too tired to fall asleep

To ten million fireflies
I'm weird 'cause I hate goodbyes
I got misty eyes as they said farewell

But I'll know where several are
If my dreams get real bizarre
'Cause I saved a few and I keep them in a jar

I'd like to make myself believe
That planet Earth turns slowly
It's hard to say that I'd rather stay
Awake when I'm asleep
'Cause everything is never as it seems
When I fall asleep

I'd like to make myself believe
That planet earth turns slowly
It's hard to say that I'd rather stay
Awake when I'm asleep
Because my dreams are bursting at the seams

piątek, 12 lutego 2010

Theresa, Jeanette and Father.


(Screen z Vampire: The Masquerade - Bloodlines)

Zdecydowanie powinnam trzymać się z daleka od wszelkich horrorowatych gier. A w szczególności od strzelanek. Ale co ja poradzę na to, że na przekór wszystkiemu próbuję pokonać swój strach? 
Niestety zawsze kończy się to z tym samym skutkiem: Boję się każdego cienia, a noc w pustym pokoju potrafi doprowadzić mnie do zawału. 
Przyznam, że ta gra jest dość ciekawa, ale na dzisiaj starczy mi tych wrażeń. Korzystając z mojej choroby grałam przez bite 7 godzin bez przerwy i moja psychika jest już lekko nadwyrężona. 
Oczywiście bez solucji się nie obyło. Przeszłam kilka questów sama, po czym okazało się, że w pierwszym coś spieprzyłam i muszę zaczynać całą grę od nowa. Wkurzyłam się i postanowiłam zaprzyjaźnić się na stałe z poradnikiem. A tak btw: Chciałabym mieć taki obraz na ścianie. Jest cudny!

Słucham: Lacuna Coil - Swamped (ofkors piosenka pochodzi z gry)

czwartek, 11 lutego 2010

"tylko zmieniają się kolory..."


Przedwczoraj byłam (z klasą) w Krakowie w teatrze. "Ożenek" Mikołaja Gogola. Wróciliśmy późno. Nasz autokar niestety wysadził nas za daleko od mojego domu, więc musiałam liczyć na pomoc znajomych. Zabrałam się z koleżanką i jej ojcem. Mimowolnie stałam się świadkiem ich rozmowy:

Ojciec: To na czym byliście w tym teatrze?
Koleżanka: Na "Ożenku Gogola"  (Nie pomyliłam się. Ona uważa to za pełen tytuł sztuki)
Ojciec: *z pełną powagą* A nie Gorola? Nie znam. 
Koleżanka: A wiesz kto tam grał! Ta pielęgniarka z "Na dobre i na złe"!
Ojciec: (nazwisko tej pielęgniarki)?
Koleżanka: Tak! I ten lekarz z "M jak Miłość"!
Ojciec: (kolejne nieznane mi nazwisko. Nie aktora, postaci.)? A podobał ci się w ogóle ten cały ożenek?
Koleżanka: Niezbyt. A co było dzisiaj w (nazwa kolejnego serialu)?

Przeraziło mnie to. Jak można być takim ignorantem i ograniczać się tylko i wyłącznie do kultury masowej?! Mikołaja Gogola to nie znają, ale jeśli chodzi o 579875 odcinek "Mody na Sukces" to są w stanie opisać w co była ubrana główna bohaterka, gdy rozmawiała z jakimś facetem! Co się z tym światem dzieje?

Słucham: Sen Zu - Półnaga Prawda 

poniedziałek, 8 lutego 2010

closure



Wykończona pod każdym możliwym względem. Byle do... czwartku? Skoczę na godzinkę do szkoły i rozpoczynam kurowanie. Chyba, że coś (ktoś) zmusi mnie do wyjścia na zewnątrz w piątek. 
Niestety mój organizm się poddał i przeziębienie to wykorzystało. Chodzę sobie - z 38 stopniową gorączką, zatkanym nosem i bolącym gardłem - do szkoły i jestem w miarę szczęśliwa. Dlaczego? Bo one zawsze potrafią mi humor poprawić. :) 
Chusteczki, tabletki, chusteczki, Max Flu w szklance, herbata rozgrzewająca i chusteczki. Tak wygląda moje biurko aktualnie. A powinien tu leżeć Potop, książka i vademecum z historii i WOSu. Phi, idę spać. Cmok w bok.


Słucham: Dommin - Closure

niedziela, 7 lutego 2010

Prison Wall.

Nawet nie chce mi się tego komentować. Boję się zajrzeć tam i dowiedzieć się o co tak naprawdę chodzi. Wkurwianie się na wieczór nie jest mi potrzebne. Muszę za wiele rzeczy jeszcze dzisiaj zrobić, a silne emocje mogą mnie skutecznie odtrącić od ważniejszych spraw.

piątek, 5 lutego 2010

Shinezu buso kuso

(Zdjęcie: ja
Tytuł notki: jap. "Die, you ugly shit")


M: To nie masz teraz przyjaciółki?
Ja: Mam. Nawet trzy, którym bezgranicznie ufam.
M: Ale czy, gdy będziesz miała problem one będą w stanie rzucić dla ciebie wszystko i przyjechać?

Kocham je i wiem, że trudno byłoby mi przetrwać bez kontaktu z nimi choćby jeden dzień. Z drugiej strony, gdybym była w tarapatach od dwóch usłyszałabym "Mama nie pozwala mi przyjechać", a od trzeciej "Nie chce mi się. Pogadamy w szkole". Ja na ich miejscu od razu bym pojechała. Zarzuciła jakieś ubranie na siebie i biegiem na autobus/tramwaj. Ale to ja. Ewenement.
Prawdziwa przyjaźń już dawno chyba przestała istnieć. To smutne.

Poland.

Jakieś choróbsko próbuje mnie od tygodnia dopaść. Dzielnie walczę... Byle do ferii zimowych, które mam dokładnie za tydzień. Wytrzymam.
Zdjęcie zrobiłam podczas dzisiejszego spacerku. To, że się tutaj pojawiło nie znaczy, że będę rozprawiać o losach Polski w ciągu minionego stulecia. Nie, nie. Lubię historię, ale nie na tyle, by pieprzyć o niej na blogspocie. Po prostu uważam, że artysta wykonał kawał dobrej roboty i zasługuje na to, by jego praca była fotografowana i rozpowszechniana w internecie. Szkoda, że nie znam nazwiska.
Czuję, że znowu tracę zapał do nauki. Pojawia się i znika w najmniej odpowiednim momencie. Weekend powinnam spędzić na pisaniu kilku wypracowań i nauce, a zamierzam dzielić czas pomiędzy przyjaciół i mojego Nikosia (lustrzankę). Znowu potrzebuję czegoś co da mi "kopaswdupas" przywracając tym samym chęć do nauki. Jakieś pomysły?

Słucham: Ayumi Hamasaki - INSPIRE

czwartek, 4 lutego 2010

Komercja


(autor zdjęcia nieznany)
Idę dzisiaj do szkoły, w uszach jak zwykle słuchawki. Piosenka się kończy i nagle słyszę Paramore. Co to jeszcze robi na moim Ipodzie?! Nie żebym miała coś do tego zespołu. Ba! Jakiś czas temu bardzo go lubiłam... A później pojawił się singiel promujący ich trzecią płytę i moje zainteresowanie prysnęło. Nie chodzi nawet o to, że zrobili się jeszcze bardziej "popowi" niż przy poprzednich płytach. Tak naprawdę lubię wszystkie gatunki muzyki prócz hip-hopu, rapu, plastic-popu i techno. Parę dni po premierze "Ignorance" przelatując po kanałach natknęłam się na teledysk do tej piosenki na... Vivie. I w tym momencie zrezygnowałam z tego zespołu. Normalnie nie przejmuję się tym, że muzyka jakiej słucham nie wszystkim może się podobać. Niestety gdy widzę, że z mojej ulubionej (przesadziłam) kapeli zrobiła się kiczowata komercha, którą ubóstwia każda mała kinder-pAnkówa, rezygnuję z niej. Tak to ze mną jest. Lubiłam sagę Zmierzchu od Meyer, stworzyli film i straciłam wszelki szacunek do książek. Tylko M.D. House dalej mnie zachwyca, mimo że miliony dzieciaków go cytuje i stara się naśladować cynizm Greg'a. 
Tak jak zawsze chciałam być taka sama jak inni, dziś staram się za wszelką cenę być odmienna.
Pieprzę dzisiaj bez ładu i składu. To przemęczenie.

Słucham: Ayumi Hamasaki - Ourselves

środa, 3 lutego 2010

ateizm vs. deizm


Narysowane kiedyś, na szybko. 

Jak łatwo jedna lekcja filozofii potrafi zburzyć cały mój światopogląd. Ale nie o światopoglądzie dzisiaj chciałam.
Ta lekcja wprowadziła chaos w mojej głowie i za Chiny Ludowe nie potrafię go uporządkować. Znowu wróciłam do starego konfliktu: deizm vs. ateizm. Wiem, że coś takiego powinnam sama z siebie wiedzieć, ale co ja poradzę na to, że jest inaczej! Chwilami zdaje mi się, że "coś" tam na górze jest, ale ma głęboko w dupie to co się dzieje na dole. Są także chwile (dużo częstsze), gdy jestem pewna, że żaden absolut nie istnieje. Poznanie "5 dowodów na istnienie Boga" Kartezjusza zaczęło mnie skłaniać znów ku deizmowi, ale mimo to siedzi we mnie zakorzeniony od dawna ateizm. Na dodatek cała ta teoria z "wielkim wybuchem" od którego wszystko powstało. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, a dzisiaj w końcu coś do mnie trafiło: Ktoś musiał stworzyć to COŚ co wybuchło, żeby powstał wszechświat. Skąd TO się wzięło, jeśli nie od absolutu? Nie chodzi mi o Boga, Allaha czy co to tam jeszcze nie istnieje. Po prostu jakiś absolut... Jeszcze nawet nie mianowany jakimkolwiek imieniem; któremu nikt nie stawia bezsensownych posążków, świątyń i nie daje mu materialnych darów. Absolut, który spełnił swoje zadanie - stworzył ludzi - i teraz nas tylko obserwuje.. Prawdopodobnie z nudów.

Słucham: The Beatles - Yesterday

wtorek, 2 lutego 2010

Once upon a time there was a rose.


Dlaczego w momencie, gdy zdaje mi się, że odnalazłam swój idealny świat coś musi się zepsuć? Kiedy zaczynam czuć się bezpieczna i szczęśliwa, staje na mej drodze alter ego, które swoim charakterem wszystko psuje. Nie potrafi się zamknąć, mówi rzeczy, których ja nigdy bym nie wypowiedziała, przeklina, krzyczy, obraża innych. Po co to robi?! I dlaczego akurat zawsze osobom na którym mi zależy?! Tym razem mi wybaczono, ale co jeśli to się powtórzy i moi przyjaciele już nie okażą tyle wyrozumiałości?

 

Dlaczego to coś dobrego we mnie umarło, a kolce pozostały? 
Brzmi to ckliwie i żałośnie. Tylko to mi przyszło do głowy, a nie zamierzam przejmować się bzdurami.
(To w nagłówku i to powyżej to zdjęcia robione przeze mnie. Są już niby na DeviantArt, ale myślę, że to nie sprawi, że ktoś mnie tutaj odnajdzie... Przynajmniej mam taką nadzieję.)

Słucham: Closterkeller - Królewna z Czekolady

New beginning

Moja historia jest prosta. Kiedyś miałam mnóstwo znajomych (wtedy uważałam ich za przyjaciół). Ślepo za nimi podążałam, dostosowywałam się do ich gustu, stylu, światopoglądu (opierającego się głównie na plotkach) i nawet mi do głowy nie przyszło, że można inaczej. 
Pamiętam jak w poprzedniej szkole dostaliśmy kartki z testem psychologicznym. Wielobok, w każdym kącie literka przyporządkowana danemu typowi osobowości, a pod spodem cechy, które ją charakteryzują. Ty miałeś określić do której grupy, będąc na imprezie, się przyłączysz. Wypełniasz bez problemu okienko najbardziej przypadającą ci do gustu literką. Pod spodem zadanie drugie: "Grupa do której się przyłączyłeś wyszła z imprezy. Wybierz kolejną grupę."  Chwila namysłu i mogłeś przejść do następnego i zarazem ostatniego zadania, które brzmiało identycznie jak drugie. I znowu z jeszcze większym trudem wybierasz literkę i szczęśliwy czekasz, aż nauczyciel odczyta Ci jakim typem osobowości jesteś.

Jak zwykle wyszło mi, że jestem Artystką, ale nie o to tu chodzi.

Później trafiłam do nowej szkoły, gdzie nikogo nie znałam. Zobaczyłam, że można inaczej. Możesz posiadać własny styl, możesz robić to co TY pragniesz w danej chwili, a nie cała grupa, możesz mówić co chcesz i nie przejmować się zdaniem innych. Możesz być sobą. 

Zrozumiałam, że zamiast szukać w psychoteście drugiej grupy mogę po prostu wyjść z imprezy razem z resztą Artystów.

Słucham: Post Regiment - Kolory