Odkąd byłam bardzo mała ojciec próbował naprowadzić mnie na "właściwy" gust muzyczny. Jednak wiedział, że 10-letniej dziewczynce nie spodoba się Black Sabbath czy Aerosmith, więc puszczał mi piosenki, które łatwo i przyjemnie się słucha. Hey "[sic!]", Edyta Bartosiewicz "Jenny", Green Day "American Idiot" i wszystkie płyty Linkin Parku znam na pamięć do dziś. Niestety pomiędzy 12, a 16 rokiem życia postanowiłam dostosować się do ogółu i zaprzyjaźniłam się z artystami typu Britney Spears, czy Justin Timberlake. Później było jeszcze gorzej... Towarzystwo postanowiło pójść w inne klimaty i zaczęło słuchać techno i wszelkich jego odmian, a ja za nimi. Wiem, że rodzice - zwolennicy rocka, poezji śpiewanej, muzyki klasycznej - ledwo to znosili, ale byli tolerancyjni. Nie rzucali głupich komentarzy, nie naśmiewali się... Po prostu starali się to "przeczekać". A ja powoli zaczynałam mieć dość i gdy byłam sama słuchałam sobie "Fall Out Boy" i "Panic At The Disco". Teraz, zwłaszcza na ten pierwszy zespół, patrzę z pewną odrazą, ponieważ - jak to mój ojciec zawsze mówi - "sprzedali się". Ich muzyka zaczęła się dostosowywać do pokolenia plastic is fantastic co mnie przeraziło.
Przez przypadek zmieniłam temat.
Nigdy nikomu ze znajomych nie powiedziałam, że słucham tych zespołów. A później nadeszło liceum. New people, new ideas, new way. Powoli, kroczek po kroczku, zaczęłam iść w kierunku, który pragnął dla mnie mój tata.
Teraz jednak idę własną drogą. Nie trzymają mnie żadne ograniczenia. Gdy chcę posłuchać plastikowego j-popu (ale tylko japońskiego! żadnego innego nie toleruję) to słucham, gdy chcę posłuchać Vadera to się nie zastanawiam. Opinia innych została daleko za mną.







