Narysowane kiedyś, na szybko.
Jak łatwo jedna lekcja filozofii potrafi zburzyć cały mój światopogląd. Ale nie o światopoglądzie dzisiaj chciałam.
Ta lekcja wprowadziła chaos w mojej głowie i za Chiny Ludowe nie potrafię go uporządkować. Znowu wróciłam do starego konfliktu: deizm vs. ateizm. Wiem, że coś takiego powinnam sama z siebie wiedzieć, ale co ja poradzę na to, że jest inaczej! Chwilami zdaje mi się, że "coś" tam na górze jest, ale ma głęboko w dupie to co się dzieje na dole. Są także chwile (dużo częstsze), gdy jestem pewna, że żaden absolut nie istnieje. Poznanie "5 dowodów na istnienie Boga" Kartezjusza zaczęło mnie skłaniać znów ku deizmowi, ale mimo to siedzi we mnie zakorzeniony od dawna ateizm. Na dodatek cała ta teoria z "wielkim wybuchem" od którego wszystko powstało. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, a dzisiaj w końcu coś do mnie trafiło: Ktoś musiał stworzyć to COŚ co wybuchło, żeby powstał wszechświat. Skąd TO się wzięło, jeśli nie od absolutu? Nie chodzi mi o Boga, Allaha czy co to tam jeszcze nie istnieje. Po prostu jakiś absolut... Jeszcze nawet nie mianowany jakimkolwiek imieniem; któremu nikt nie stawia bezsensownych posążków, świątyń i nie daje mu materialnych darów. Absolut, który spełnił swoje zadanie - stworzył ludzi - i teraz nas tylko obserwuje.. Prawdopodobnie z nudów.
Słucham: The Beatles - Yesterday
Słucham: The Beatles - Yesterday

a ja po prostu nie identyfikuję się z żadnym nurtem czy światopoglądem, czasami komuś rzucę, ze jestem ateistką , ale to bardziej dla uproszczenia i żeby uciąc rozmoe szybko bez zagłębiania się w szczegóły ;)
OdpowiedzUsuń