Jestem cholerną zazdrośnicą. I nie wstydzę się do tego przyznać... na blogu, gdzie nikt mnie nie zna(jdzie). Nie chodzi tylko o związki damsko-męskie. To pół biedy. Bardziej martwię się tym, że potrafię być zazdrosna o przyjaciół moich przyjaciółek. Ja sama spaliłam wszystkie mosty i z moim osiedlem nic mnie nie łączy. Z nikim się już nie zadaję, bo mam do nich pewnego rodzaju uraz. Nie przeszkadza mi to. Niestety moje przyjaciółki mają własnych przyjaciół jeszcze z poprzednich szkół. I muszą dzielić czas pomiędzy mnie, a ich. Boli mnie, gdy słyszę, że mój czas z nimi jest ograniczony, bo np. koło 15 spotykają się na kawę. Co prawda poznałam już je wszystkie, ale one pragną pobyć same, pośmiać się na tylko im znane tematy. Czasami w ich towarzystwie czuję się odludkiem... "Bo wiesz, to jeszcze z gimnazjum, więc pewnie nie zrozumiesz". Pozostaje mi tylko uśmiechać się i czekać, aż padnie temat przy którym ja też będę mogła się wypowiedzieć. A to wcale nie jest przyjemne.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz